Nasza praca to niebo,
a za jej owoce skończymy
w prawdziwym piekle…

Nasza praca to piekło.
Nie dlatego, że jest ciężka — tylko dlatego, że jest absurdalna. Tu każdy dzień zaczyna się od maila z tytułem: “Szybkie pytanko”,
które kończy się trzema dniami roboty
i prezentacją na piętnaście slajdów.

Brief przychodzi w piątek o 17:42, z dopiskiem: “Potrzebujemy na poniedziałek, ale nie spinajcie się”. A potem przez tydzień nikt nie ma czasu obejrzeć efektu, bo “client’s sick / on leave / in meeting”.
Tu słowo “feedback” znaczy „mamy kompletnie nowy pomysł”. “Uwielbiamy to” oznacza „zmieńcie wszystko”.

A “Zróbcie coś prostego” to hasło otwierające dziewiąty krąg korporacyjnego nonsensu…

I jeszcze jedno — nasza praca ma realne konsekwencje: przynosi miliony tłustym bonzom na polach golfowych, ludziom, którzy piją poranną kawę z certyfikatem bezrefleksyjnej zachłanności. Robimy dla nich kampanie, które głaszczą ich ego
i jednocześnie gnębią zwykłych ludzi, namawiając ich do wydawania oszczędności na rzeczy, których nie potrzebują.

Projektujemy potrzeby, które potem sprzedajemy jak lekarstwo na pustkę,
a kiedy rachunek przychodzi — to zawsze ktoś inny ma go zapłacić. Za to wszystko pewnie skończymy w piekle.